ul. Smulikowskiego 4, pok. 221, II piętro, 00-389 Warszawa  +48 536-555-608; fdir(at)wp.pl 
www. fdir.pl  www.programdavinci.pl
fundacja dziecko i rodzina przykladowe zdjecie kampani

Idealny wychowawca - Klaudyna

Kiedyś zastanawiałam się czy istnieje gdzieś na świecie osoba, która byłaby dla mnie wzorem. Gdy w gimnazjum dostałam zadanie, aby opisać swój autorytet – wszyscy pisali o Janie Pawle II i innych tego typu osobowościach, jednak ja postawiłam na swoją siostrę. W rodzinie zawsze znajdzie się osoba, która jest dla nas przykładem i ostoją..

Czy tak samo może być w placówkach? Może, tylko jest to bardzo trudny, ciężki temat. Wychowawcy w domach dziecka są różni, od najukochańszych do najbardziej obojętnych. Jaki powinien być idealny wychowawca?

Idealny wychowawca w moich marzeniach to osoba, która zachowuje się jak rodzic. Interesuje się dzieckiem i jest do jego dyspozycji 24 godziny na dobę. A jednak praca to praca… Wychowawca przecież nie zamieszka w placówce, aby zaspokoić potrzeby dziecka, które nie jest, tak naprawdę, jego rodziną. Ma przecież własną rodzinę i często swoje dzieci. Rozumiem ten dylemat.

Nie bez powodu powstaje coraz więcej (jednak nadal za mało) rodzin zastępczych. Ja nie miałam takich doświadczeń, ale myślę, że w takiej rodzinie można poczuć się jak jej część, a może nawet jak brakująca część układanki. Można współtworzyć taką rodzinę. I tego właśnie brakuje w domu dziecka, ponieważ dziecko jest w nim mniej lub bardziej ważnym elementem jakiejś struktury, ale nie może liczyć na stałą opiekę jednej, ważnej dla dziecka dorosłej osoby. Gdyby jednak marzyć, gdyby niemożliwe stało się możliwe, napisałabym tak:

Idealny wychowawca rozumiałby moje problemy, rozterki, smutki, radości i sukcesy świętując je ze mną lub pomagając mi zmagać się z obezwładniającą bezsilnością. Nie wklepywałby tylko do arkusza obserwacji tego, jak źle się zachowałam, czy, jak dobre oceny przyniosłam w zeszytach. Po prostu byłby ze mnie dumny, chwaliłby mnie, cieszył się razem ze mną, płakał ze mną... Taki „prawie” rodzic. Ale jak to zrobić w miejscu pracy, w instytucji? Dziecku trudno budować bliskich relacje z kimś, kto jest zobowiązany do budowania podobnych relacji z trzema czy nawet pięcioma innymi dziećmi w tym samym czasie. A przecież wychowawcy muszą zająć się sprawami kilkorga dzieci. Takie mają obowiązki narzucone przez przełożonych. Taką relację ciężko też budować, gdy nie wie się, ile jeszcze czasu będzie trwała i w którym momencie trzeba będzie ją zakończyć. Tak często przecież zdarza się, że dziecko jest przenoszone do innej grupy lub domu dla dzieci. Często wychowawcy odchodzą, korzystają z różnych urlopów lub są przenoszeni przez dyrektora do innych zadań. Jeśli dziecko zbudowało już jakieś zaufanie do wychowawcy i zaczęło budować relacje, po raz kolejny pozostaje samo. I cierpi. Dlatego wydaje mi się, że dla dzieci lepszym rozwiązaniem są rodziny zastępcze. W nich mogą liczyć na stałość dorosłych, mogą bardziej na ich miłość.

Wiemy jednak, że takie rodziny nie zawsze są w porządku. Zdarza się, że dzieciaki, które cierpią we własnych rodzinach są umieszczane w rodzinach niemniej patologicznych. Gdyby jednak te rodziny byłyby naprawdę dobrze dobierane i wręcz perfekcyjnie przygotowywane – to na pewno byłyby dobrym rozwiązaniem. W takich rodzinach dzieci spotkałyby się z pomocą, empatią, cierpliwością. Dostałyby to, czego tak brakuje wychowawcom z domów dziecka, którzy często nie chcą przywiązywać się do dzieci. A jak dzieci maja żyć bez miłości?

Myślę, że jeśli każdy wychowanek domu dziecka miałby możliwość zbudowania bliskiej relacji z wychowawcą, to całkiem inaczej wyglądałby proces resocjalizacji tych trudniejszych dzieciaków. Nie było by notatek sądowych ze skargami na złe zachowanie. Byłaby miłość, wsparcie, rozmowa. Przecież nie można chcieć pozbyć się osoby, którą się kocha. Może wtedy byłoby też dużo mniejsze zapotrzebowanie na ośrodki wychowawcze.

Są rodziny zastępcze, które traktują dzieci jak swoje, nie widać różnicy – widać uczucia i poświęcenie. A myślę, że bez uczuć i bliskiej relacji nie można dziecku pomóc. Jeśli ktoś twierdzi inaczej, niech to udowodni.

Czy wychowawca w domu dziecka mógłby zachowywać się jak rodzic, z poświęceniem oddawać się swojej pracy? Czy mógłby pogodzić bliskie relacje z dzieckiem ze swoim życiem prywatnym? To chyba nie jest możliwe. Każdy chce mieć własne życie, każdy ma swoje własne problemy, troski, radości i czasami ciężko udźwignąć jeszcze kogoś dodatkowego. Trzeba byłoby sprawdzać kończących studia pedagogiczne, czy potrafią być empatyczni, życzliwi, oddani, kochający. Czy nie boją się wyzwań i nie rezygnują z rozwiązywania trudnych problemów, które często przerastają wychowawców.

Nikt nie jest idealny i od nikogo nie można tego wymagać. Zdarzają się jednak wyjątki, osoby bliskie wymarzonemu ideałowi. Mam nadzieję, że każdy z Was ma takiego mentora. Tego Wam życzę.



Idealny wychowawca - Helena

Idealny wychowawca ... Spotkałam takich na swojej drodze… A przecież też brałam udział w „poprawianiu” życia innych ludzi - mam, ojców, dzieci; po to, aby scalić porozbijane kawałki rodziny. Kiedy zaczynałam pracę w domu dziecka, miałam wrażenie, że jestem w stanie przenosić góry. Każdy najdrobniejszy sukces przynosił radość. Rozpierała mnie duma z powodu najmniejszej zmiany zachowania dziecka czy rodziców. Przecież poszłam na studia pedagogiczne właśnie po to - żeby pracować z dziećmi. I z pełną świadomością rozpoczęłam pracę w „placówce”. Chciałam towarzyszyć dzieciom w życiu.  Zdawałam sobie sprawę, że nie mam co porównywać swoich doświadczeń do często okrutnych, bolesnych wydarzeń z życia tych dzieci. Jak miałam im powiedzieć, że rozumiem ich żal do rodziców, ze kiedyś będzie dobrze…? Nie miałam podstaw do takiej pewności. Z czasem jednak, w wyniku nauk innych, starszych stażem wychowawców pojawiło się nowe uczucie... Jak je nazwać? Znieczulica? A moze po prostu ZAKŁAMANIE… Kolejne dziecko, kolejna podobna historia… I czym się tu przejmować…. Działając, pomagając - słyszałam „I po co to robisz, rób tylko to, co do Ciebie należy”, albo: „Rób tak, aby dyrektor był zadowolony, wykonuj polecenia”. „Uwaga, uwaga: Zbliżają się wakacje…, który zespół wychowawców pozbędzie się największej liczby dzieci na lato, ten zespół ma wolne…”. A przecież my wychowawcy też jesteśmy ludźmi. Mamy swoje rodziny, dzieci… I jaką mamy podjąć decyzję? Przecież i tak w pracy spędzamy tyle czasu, że mijamy się z własnymi dziećmi… Kiedy wychodzę do pracy, śpią, kiedy wracam, śpią. Ktoś inny odrabia z nimi lekcje, odprowadza do szkoły… Dlatego walczyliśmy o te wakacje i czasami wystarczyła decyzja dyrektora, żeby dziecko spędziło lato we własnym domu rodzinnym, tam, gdzie zgodnie z decyzją sądu nie mogło żyć…. „Uwaga, uwaga: Dziecko zbuntowane, złe… Pamiętajcie wychowawcy, że to są dzieci, które potrzebują największej pomocy...” Więc pomagaliśmy umieszczając je w ośrodkach socjoterapii i ośrodkach wychowawczych. Albo jak już pojawiła się rodzina zastępcza, wciskano im na siłę to „najtrudniejsze” - pomimo sprzeciwu wychowawcy. A gdy coś poszło nie tak i rodzina dziecko „zwracała”… Kto winny? No przecież ten zły, niedouczony wychowawca. Przecież dyrektor nie może być winny, jest najlepszym psychologiem świata, doskonałym pedagogiem, matką i ojcem jednocześnie wszystkich dzieci. Dyrektor zawsze powie, że jego zdanie było inne i to wychowawca popełnił błąd… A tak naprawdę liczą się statystyki: Ile rodzin posklejano, ile rozbito, ilu dzieciom się „pomogło” umieszczając je w zamkniętych ośrodkach… Dziś dom dziecka, w którym pracowałam funkcjonuje nadal. Wciąż wmawia się tam dzieciom, że tworzą „relacje” z wychowawcą. Wielka gra pozorów. A jak taki wychowawca mógłby pomóc dziecku, skoro każdy jego ruch jest ograniczany przez przełożonego… Młodym wychowawcom szybko podcina się skrzydła i młodzieńczy zapał. Najlepsi rezygnują nie wytrzymując systemu nakazów, systematycznego niszczenia ich entuzjazmu. Odchodzą nie z powodu trudności pracy z dziećmi, ale z powodu ograniczania ich indywidualnych pomysłów. Bo ważniejsze są statystyki, bo trzeba pochwalić się wynikami, bo dyrektor po raz setny ma zostać pochwalony przez władze. Popatrzcie, „człowiek z sercem na dłoni”, „mentor”. A w rzeczywistości – człowiek bez emocji i uczuć, które gdzieś wiele lat wcześniej zagubił… Ciekawe, czy taki dyrektor potrafi popatrzeć w lustro.

Ja również po kilku latach w tym świecie pozorów odeszłam z pracy. Trudno funkcjonować w świecie, który jest ładny na zewnątrz, a pusty w środku. Spoglądam teraz z dumą w lustro, bo mimo uczestnictwa w tym folwarku - nie mogę sobie nic zarzucić. Bo byłam i jestem dobrym człowiekiem.






Subskrybuj